Krótkie linki w newsletterze — czytelność, klikalność i czysta analityka
Jak ustawić linki w newsletterze: osobne markowe końcówki na każdy odnośnik, podmienialny cel po wysyłce i statystyki kliknięć bez profilowania odbiorcy.
Mailing poszedł do 4 tysięcy osób. Siedem linków w środku: nowy wpis, dwa produkty, nagranie webinaru, ankieta, dwa odnośniki do social mediów. Tydzień później otwierasz raport. Jedna liczba: "12% kliknęło gdziekolwiek".
No dobra. Ale w co?
Tego klient pocztowy ci nie powie. A surowe adresy w treści wyglądają, jakby ktoś wkleił zrzut z bazy danych. I właśnie tutaj zaczyna się sensowna robota z linkami w newsletterze.
Surowy URL psuje maila
Wklejony na pałę odnośnik bywa monstrualny. Domena, ścieżka, trzy parametry kampanii, na końcu jakieś ?ref=. Razem 140 znaków. W skrzynce odbiorcy taki potwór łamie się na dwie linijki, podkreślenie urywa się w połowie, a w trybie tekstowym (sporo czytników renderuje plain text) zalewa cały akapit ścianą znaków.
Do tego wygląda podejrzanie. Ciąg utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=... krzyczy "śledzę cię" zanim ktokolwiek zdąży kliknąć. Nie da się go przeczytać na głos, zapamiętać, przepisać.
Krótka, markowa końcówka załatwia sprawę od ręki. Zamiast kobyły masz cutty.dev/maj-webinar. Czytelnik patrzy i już wie, dokąd trafi.
Osobna końcówka na każdy link, nie jedna na cały mail
To jest ta zmiana w głowie, która robi różnicę. Nie skracaj "całego newslettera" pojedynczym linkiem. Każdemu odnośnikowi nadaj własną końcówkę. Dopiero wtedy analityka przestaje kłamać.
Układ na jedno wydanie może wyglądać tak:
cutty.dev/nl-maj-wpis → nowy artykuł
cutty.dev/nl-maj-produkt → strona oferty
cutty.dev/nl-maj-webinar → nagranie
cutty.dev/nl-maj-ankieta → formularz feedbacku
I nagle raport nie mówi "ktoś coś kliknął". Mówi: webinar 380, ankieta 41, oferta 12. To są gotowe decyzje. Następnym razem ankieta idzie wyżej, a o webinarze piszesz więcej, bo widać, że ciągnie. Statystyki w cutty.dev liczą kliknięcia i kraj, ale nie budują teczki na odbiorcę (IP leci przez hash). Przy newsletterze, gdzie i tak działasz na zgodzie marketingowej, to po prostu jeden kłopot prawny z głowy.
Jeszcze jedno, drobne, a ratuje skórę po pół roku: trzymaj nazwy w schemacie kanal-wydanie-cel. Po dziesięciu wydaniach nl-maj-webinar i nl-czerwiec-webinar same się układają, a w panelu filtrujesz po prefiksie nl-. Bez tego po kwartale masz trzydzieści losowych końcówek i zero pojęcia, która była z którego maila.
Cel, który zmienisz już po wysyłce
Tego zwykłe utm nie potrafi. Mail wyszedł, siedzi w 4 tysiącach skrzynek na zawsze. Wpiszesz tam goły URL do landinga, a strona za miesiąc zmieni adres albo promka się skończy. Link prowadzi donikąd i nic nie poradzisz.
Z podmienialnym celem jest inaczej. Odnośnik w mailu zostaje ten sam, a ty przepinasz, dokąd kieruje:
- webinar się skończył, więc
nl-maj-webinarceluje teraz w nagranie zamiast w zapisy, - landing dostał nowy adres? przepinasz raz, stare maile dalej działają,
- promo wygasło, więc zamiast martwego kuponu pokazujesz zwykłą stronę produktu.
Ten jeden mechanizm zamienia newsletter z "wysłane i zapomniane" w coś żywego, co można poprawić po fakcie.
QR z tej samej końcówki
Jeśli ten sam content idzie też na konferencyjny baner albo do PDF-a, z każdej krótkiej końcówki zrobisz kod QR celujący w dokładnie ten link. Ludzie ze slajdu i ludzie z maila lądują w jednej statystyce. Widać wtedy, który kanał faktycznie dowozi, a który tylko ładnie wygląda.
Zanim klikniesz "wyślij"
- każdy ważny link ma własną końcówkę, nie wspólną,
- nazwy trzymają schemat
kanal-wydanie-cel, - wszystko, co może się zdezaktualizować (promo, zapisy), siedzi na podmienialnych linkach,
- sprawdziłeś, że końcówka prowadzi tam, gdzie ma. Przed wysyłką, nie po.
Czyste linki w newsletterze to nie kosmetyka. To różnica między raportem, który mruczy "coś się klika", a takim, na podstawie którego planujesz kolejne wydanie. Druga opcja jest po prostu wygodniejsza.